logo ZPAFF
 
rss facebook search
 
 

 

Bogdan Frymorgen

 

W sekundę dookoła świata

16 października 2013
Wróć

Wierzę głęboko, że wszyscy mamy w sobie antenę. To taka siatka utkana z emocji, która odbiera tajemnicze bodźce i posyła je dalej. Nie musimy jej nawet nazywać anteną, ani odbioru odbiorem. Dość, że świadomi jesteśmy jej istnienia, a co niezmiernie ważne, nie staramy się racjonalnie wytłumaczyć jak działa. To coś, co w określonej sytuacji zauważa bodziec i rozpoczyna tworzenie. Jedni robią to instynktownie, pędzlem na płótnie, inni żonglują słowami na kartce papieru. Jeszcze inni łapią w ten sposób światło obiektywem. To jak wejście w magnetyczne pole. Nie widać w nim wektorów siły, a jednak czujemy jak włosy stają nam dęba. Jeśli kiedykolwiek ściągaliście elastyczny sweter, wiecie, o czym piszę.



fot. Bogdan Frymorgen

Szliśmy już tak z godzinę: Derbyshire, północna Anglia. Krajobraz bajkowy, wychwalany przez poetów. Stroniłem wówczas od fotografowania krajobrazów. Wolałem je zostawiać malarzom. Myślałem - zwykłe widoczki - przecież wystarczy mieć oczy otwarte.
Po co targać ze sobą aparat? To na spacerach niepotrzebna uprząż, zawieszony na karku zbędny kamień. Ale tego dnia, nie wiedzieć dlaczego, go wziąłem. To był przypadek. Już wspinając się pod górę czułem, że tym razem nie będzie to zwykły spacer, że coś się zdarzy. Krajobraz zmieniał się tak szybko i tak dramatycznie. Za szybko - myślałem - to już nie widoczki, to już nie przypadek.
Na szczycie, stając wśród polodowcowych głazów, poczułem, jak niewidzialna dłoń ściąga mi sweter z grzbietu. Byliśmy w samym środku magnetycznego pola. Chwyciłem oburącz aparat i ścisnąłem go w rękach. Ja drżałem, ale on nie miał prawa...
Nie gdy otwierają się wrota takiej bajki!
Muszę przyznać, że bywam zachłanny. Więcej baśni w bajce! - rzuciłem w myślach komendę, a ręka posłusznie otworzyła soczewkę szerzej. Chciałem się w tej scenerii dosłownie rozpłynąć, ale nie tam, pośród głazów, lecz później, gdy zdjęcie wyciągać będę z drukarki. Pamiętam też, że przez moment stałem się Filiaszem Foggiem, a do okrążenia świata zostały mi dwie doby.
Juliusz Verne, gdy pisał swą książkę, z pewnością latał balonem nad pagórkami z Derbyshire.
Pstryk, pstryk. Zawsze strzelam dwa razy. Nigdy więcej.
Kiedy wróciliśmy do hotelu, czułem się, jakbym przyleciał z Marsa. Dostąpiłem cudu na ziemi, podroży w czasie na niezwykłym spacerze. A jeszcze na dodatek zostanie zdjęcie. Prawdę mówiąc, mogłoby go nie być, a i tak zapamiętałbym tę chwilę. Muszę przyznać, że najczęściej robię zdjęcia właśnie bez aparatu. Nie poruszam wtedy najmniejszym palcem. Mrużę jedynie oko i uginam nogi. Tego trzasku migawki nikt nie usłyszy, bo go nie ma. Wystarczy, że w pamięci zachowam obraz dla siebie. Pamięć to też nośnik. Taki sam jak analogowa klisza czy cyfra. W dodatku nośnik bardzo osobisty. Nigdy takich zdjęć nie pokażę. Nie będzie takiej pokusy ani żalu, że coś nie wyszło. Takie kadry wywołuję pod powiekami.


[Artykuł pochodzi z bloga Bogdana Frymorgena prowadzonego na potralu rfm24.pl]


autor - projekt autor- wykonanie
ZG_ZPAF mstWwa cookies